Psychodeliczne fobie

psychodeliczne_fobieDorastałem w czasach upadającego komunizmu. O narkomanii mówiło się wówczas co nieco na organizowanych sporadycznie szkolnych pogawędkach z psychologiem. Gdy wracam pamięcią do tamtych lat, odnoszę wrażenie, że kwestie te stanowiły coś w rodzaju marginesu, istniejącego, ale nie mającego znaczenia społecznej epidemii. Nie mogło być przecież inaczej. Kraj kroczący jedynie słuszna drogą, wytyczoną przez zdobycze marksizmu – leninizmu nie mógł być przecież przesiąknięty imperialistyczną zgnilizną pochodzącą z zachodu. Partia wytyczała kierunek a milicja obywatelska pacyfikowała wszelakie marginesy, od antypaństwowej opozycji, po narkomanów i chuliganów. W mojej pamięci zachował się wielki baner, który wisiał nad Zakopianką przy wjeździe do Krakowa: “Z Partią w XXI Wiek”. Na szczęście, przynajmniej w moim odczuciu, złowroga groźba ziejąca z tego banera, pozostała jedynie niespełnionym marzeniem totalitarnego aparatu władzy.

Moje zainteresowania duchowością i mistycyzmem sięgają czasów szkoły średniej. Wówczas to na dobre zapłonął we mnie duch, który pchnął mnie ku poszukiwaniu odpowiedzi na ważne egzystencjalne pytania. To wtedy zacząłem masowo czytać, dostępne jedynie poprzez giełdy książkowe i dystrybuowane dzięki spekulantom książki z dziedziny psychologii, religii i filozofii. Oficjalny obieg księgarski zapewniał bowiem przede wszystkim dostęp do wiecznie żywych dzieł samego Włodzimierza Ilicza Lenina.

Gdy w 1989 roku przyszły zmiany i komunistyczny aparat się posypał, miałem 20 lat i rozpoczynałem studia. Zdawałem na psychologię, ale ponieważ brakło mi trzech punktów, znalazłem się tuż pod magiczną kreską oznaczającą podział pomiędzy przyjętymi i odrzuconymi. Rozglądnąłem się wokoło i dostrzegłem wolne miejsca na socjologii. Ponieważ egzaminy miałem zdane pozytywnie, udałem się do tamtejszego instytutu i zostałem studentem. Dziś, gdy patrzę z perspektywy bardzo się cieszę, że tak się stało, ponieważ socjologia to fascynująca dziedzina. W tamtych czasach nie cieszyła się ona jednak tak wielkim powodzeniem jak dziś, gdyż nazwa tej dyscypliny kojarzyła się wielu ludziom z socjalizmem.

Czasy powoli się zmieniały. Studiowałem a dostęp do wiedzy stał się swobodny. Rynek wydawniczy po czterdziestu czterech latach PRL odżył i pojawiło się mnóstwo ciekawych pozycji. Chłonąłem je jedna za drugą. Stopniowo zmieniało się także nastawienie do narkomanii. W kapitalizmie stała się ona jednym z ważnych tematów medialnych. Pozwalała bowiem tworzyć przerażające programy o ćpunach, przyciągające widza i reklamodawców. Czasy się zmieniły, obraz ćpuna pozostawał jednak taki sam. Ćpunem nazywano niebezpiecznego osobnika płci męskiej, lub żeńskiej odurzającego się czym się da i kiedy tylko można, popełniającego przestępstwa, nieobliczalnego w swych czynach oraz stanowiącego zagrożenie dla zdrowej tkanki społecznej.

Przez ponad trzydzieści lat życia tkwiłem w przekonaniu, że narkotyki to jednorodna masa zła. Wiedziałem jedno. Spróbować można wszystkiego, ale nie narkotyków. Prowadzi to bowiem niechybnie do stania się kompletnym degeneratem. Gdy jakiś czas temu zacząłem bliżej przyglądać się problemowi, dostrzegłem coś niebezpiecznie dziwacznego. Narkotyki przestały mi się jawić jako jednorodna masa otumaniaczy, prowadzących do psychicznej i fizycznej degeneracji. Poznając bliżej szamanizm odkryłem ze zdumieniem, że substancje psychodeliczne znajdują się w użyciu od dobrych kilkudziesięciu tysięcy lat. Penetrowałem więc temat dalej a moje zdziwienia stawały się coraz większe. Odkryłem, że substancje zmieniające świadomość mają różne właściwości. Dowiedziałem się, że niektóre uzależniają fizycznie i wyniszczają organizm, inne natomiast nie wykazują takich właściwości i rozsądnie używane mogą otworzyć przed ludzkim organizmem drzwi do poszerzania percepcji. Zapoznanie się z osiągnięciami Stanislava Grofa w dziedzinie psychoterapeutycznego wykorzystania LSD ukazało mi jeszcze jeden bardzo istotny aspekt użycia substancji poszerzających świadomość. Zrozumiałem, że żyjemy w świecie kompletnego absurdu. Każda osoba w naszym społeczeństwie może pójść do sklepu lub kawiarni, zakupić i spożyć dowolną ilość alkoholu. Gdy ktoś jednak wypali skręta cannabis, może wylądować za kratkami. Tak więc upajanie się alkoholem i niszczenie organizmu poprzez jego działanie uznawane jest za postępowanie jak najbardziej dozwolone a poszukiwanie doświadczeń psychodelicznych, traktowane jest przez organy państwa jako przestępstwo. No cóż, postrzegam to jako zaprawdę intrygujące podejście w zakresie rozumienia praworządności.

Osobiście należę do zdecydowanych przeciwników ćpania tak samo, jak należę do zdecydowanych wrogów upijania się. Czy jednak państwo, które nakłada kary na osoby przekraczające drzwi percepcji poprzez wykorzystanie substancji psychoaktywnych można uznać za oazę wolności? W pełni popieram rozwiązania, które zakazują na przykład prowadzenia samochodu pod wpływem używek, bez względu na to, czy mamy tu do czynienia z psychodelikami, czy też alkoholem. Postępowanie takie naraża bowiem innych na niebezpieczeństwo. Czy oznacza to jednak, że prawo ma cechować się bezmyślnym zakazem, którym obłożono wszelkie doświadczenia z psychodelikami?

Jeśli głębiej zastanowimy się nad stosunkiem kultury do tego problemu, możemy dostrzec wpływy znacznie starszych niż marksistowsko – leninowski model państwa totalitarnego i chrześcijańska etyka kapitalizmu, wyrażona formułą benedyktyńską: “módl się i pracuj”, do której dodam: “a garb ci sam wyrośnie”. Obsesyjna nienawiść do wszelkiej wolności, w tym wyrażającej się poprzez eksperymenty psychodeliczne, swobody seksualne i prekognicja zdaje się mieć bardzo silne źródło w hebrajskiej Biblii. Bóstwo burzy i wojny, uznawane przez monoteistyczną tradycję za boga jedynego karze wszystkich, którzy poszukują odpowiedzi gdziekolwiek indziej, niż w ustanowionym przez niego prawie. Wpływ tych idei na rozwój zachodniej cywilizacji zdaje się nieść ze sobą obsesyjną podejrzliwość wobec wszystkiego, co wykracza poza biblijne ramy, ukazujące “jedyną prawdę”.

Narkomani uciekający przed społeczeństwem w nałóg budzą we mnie refleksję i współczucie. Szkoda, że tak wielu ludzi umrze, lub popełni przestępstwa za sprawą substancji odurzających. Z drugiej jednak strony system społeczny, który ukazuje wszelkie psychodeliczne poszukiwania jako zło, budzi we mnie gniew. Psychodeliczna podróż nie powinna być traktowana jak przestępstwo. Potrzebujemy psychodelicznej kultury, tak samo jak potrzebujemy kultury spożywania alkoholu. Prawdziwie dojrzały system społeczny powinien starać się uczyć i ukazywać dobre wzorce a nie tworzyć bezmyślne, nacechowane lękiem i kłamstwem systemy zakazów i kar.

Mimo głębokiego zainteresowania mistycyzmem, przez wiele lat kompletnie umykał mi ważny aspekt doświadczenia mistycznego. Otwieranie drzwi percepcji z użyciem psychodelików jawiło mi się jako narkomania i poszukiwanie niezdrowych wrażeń. Rozpływałem się natomiast w zachwycie nad mistykami, którzy w swej “świętości” doświadczali kontaktu z nieznanym i niezwykłym obszarem transpersonalnym. Gdy bliżej się temu przyjrzałem, ukazał mi się nieco bardziej złożony obraz. Bardzo wielu świętych dochodziło do swych wizji poprzez lata wyczerpujących praktyk. Doświadczenia te powstawały bardzo często jako wynik długotrwałych postów, biczowania, leżenia krzyżem, zamykania się w trumnie, absolutnej abstynencji seksualnej, czy trwających całymi dniami i nocami modłów, śpiewów, mantr i inwokacji. W moim umyśle widniał zatem podział na dobrą i złą mistykę. Ta zła, niegodna prawdziwie uduchowionego człowieka, stanowiąca drogę na skróty, wiodła przez psychodeliczne substancje. Ta dobra jawiła się jako wyczerpujący do granic wytrzymałości trening organizmu. W taki właśnie sposób problem ten ukazuje najczęściej “oficjalna” kultura, mająca swe korzenie w monoteistycznym szaleństwie, które kilka tysięcy lat temu przejawiło się na Bliskim Wschodzie. Dziś patrzę na to zagadnienie z nowej perspektywy. Nie dzielę doświadczenia transpersonalnego według schematu, który opiera się na psychodelicznej fobii.

Na koniec odsyłam was, drodzy czytelnicy mojego bloga do ciekawego artykułu, ukazującego hipotezę przedstawioną przez izraelskiego naukowca, profesora Benny-a Sharon-a z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Czy Biblijni Żydzi zmierzający do Ziemi Obiecanej mogli mieć narkotyczne wizje wywołane przez halucynogenną roślinę?

Zapraszam do udziału w sondzie

[poll id="2"]

dodajdo.com
Komentarze

Wydaje mi sie ze narkotyki i rozmaite uzywki co prawda byly wykorzystywane w roznych misteriach, w roznych kulturach i w roznych czasach, ale mialo to inny wymiar niz obecnie. Wowczas bylo to niejako pod kontrola tabu i kulturowych wymogow, dla ludzi gotowych, przechodzacych inicjacje, kaplanow, szamanow. Natomiast wspolczesnie gros ludzi glownie w mlodym wieku siega po caly szereg narkotykow o roznym dzialaniu i rozmaitych skutkach ubocznych nie w celu duchowej podrozy a w celu poczucia sie dobrze, ucieczki od problemow, i tak dalej. To nie jest wehikul w postaci doswiadczenia jakiegos swieta, inicjacji, misterium pomagajacego im wzrastac, ale uzaleznienie, ktore doprowadza do totalnego rozkladu ich zycia osobistego i spolecznego i skazuje ich na pomoc/ nadzor rozmaitych organow panstwowych.

Zdawalo mi sie ze napisalem i wyslalem komentarz. i co sie z nim stalo? Za dlugo byloby pisac jeszcze raz.

Witaj Indram
cieszę się, że zaglądnąłeś na mojego bloga i dzięki za komentarz. Pojawił się, tylko wydaje mi się, że nie przeładowałeś strony i chyba dlatego go nie zauważyłeś. Mam włączony plugin, że nie trzeba strony przeładowywać, niby działa a i tak przeładowywać trzeba – ot magija informatyczna :)

A wracając do tematu narkotyków. W pełni zgadzam się z tym co piszesz w kontekście dzisiejszego społeczeństwa i używek. Ja sam tak jak pisałem też jestem przeciwny ćpaniu. Ubolewam jednak nad tym, że nasza kultura pozbawiła nas tego o czym wspomniałeś w swoim komentarzu – owego innego wymiaru, duchowej, inicjacyjnej przestrzeni związanej z psychodelikami. Nie poparłbym bezmyślnej legalizacji narkotyków w dzisiejszym społeczeństwie, gdyż pewnie doprowadziłoby to do zaćpania się milionów na śmierć. Uważam jednak, że stopniowo, w sposób ewolucyjny należałoby zadbać o odbudowę tych tradycji, o tworzenie psychodelicznej kultury, tak jak mamy do czynienia z kulturą picia alkoholu. Jeden pije bez umiaru, drugi do obiadu, czy w towarzystwie od czasu do czasu skosztuje dobrego trunku. Myślę, że przede wszystkim należy przywrócić LSD jak środek terapeutyczny, dostępny przynajmniej psychologom i psychiatrom. Uważam, że należy zalegalizować pochodne cannabis, tak jak ma to miejsce w Holandii i rozwijać edukację w zakresie substancji psychodelicznych, rzetelną edukację a nie nacechowaną lękiem pseudo edukację.

Chcesz powiedzieć Indram że jeżeli chce zjeść te grzybki rosnące na łące muszę mieć magistra z szamanizmu, albo ubrać się na dziko?
Moim skromnym zdaniem większość ludzi daje zwieść się pozorom, wiekszość ludzi „zarzywających” wcale nie ucieka przed problemami. Takowym problemem są konserwatywni ignoranci którzy próbują pomagać, najczęściej poprzez WYMIAR SPRAWIEDLIWOŚCI (niedobrze mi).

P.S: Ćpanie dzieli się na dwoje: dawanie po żyłach, dziąsłach i oczach różnych perfidnych specyfików i tak masowo stosowanych w farmaceutyce; oraz ćpanie naturalnych psychodelików od marihuany począwszy aż po dwumetylotryptamine, najsilniejszy psychodelik wytwarzanych w szyszynce.

Jacenty, wystarczy zalegalizować psychodeliki, nimi nie da się zaćpać, a zresztą system prawny jest do dupy, więc gupio myślisz i tyle ;*

Zordanian,

piszesz: „Jacenty, wystarczy zalegalizować psychodeliki, nimi nie da się zaćpać, a zresztą system prawny jest do dupy, więc gupio myślisz i tyle ;*” No to sobie pogadamy zdaje się I TYLE ;)

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)