Tożsamość eksperymentująca
Przeglądając wczoraj rano zaprzyjaźnione blogi na jednym z nich (psychika.net) znalazłem interesującą notkę dotyczącą problematyki złości. Przypomniała mi się wówczas rozmowa, którą prowadziłem kilka miesięcy temu. Dotyczyła ona właśnie złości oraz tego jak sobie z nią radzić.
Nawiązując do zagadnienia emocji nie sposób nie odnieść się do poczucia własnej tożsamości, tego co zazwyczaj określamy jako swoje własne “ja”. Życie napełnia nas doświadczeniami, rzeźbi nasze mózgi i sprawia, że w umyśle pojawiają się obrazy tego, z czym się utożsamiamy, co odrzucamy, czego pragniemy, co nas pociąga, odpycha, tworzy rozterki i daje nadzieje. Utrwalające się schematy zachowań tworzą mozaikę poprzez, którą wyrażamy siebie w kontaktach z innymi.
Utrwalone zachowania w wielu sytuacjach mogą okazać się bardzo pomocne. Rytualizacja życia, która dzięki nim staje się możliwa, pozwala poukładać nam wiele codziennych, powtarzających się czynności. Ten funkcjonujący w nas mechanizm robota wydaje się być niezmiernie istotny np. w planowaniu i organizacji czasu. Nie sposób jednak nie zauważyć, że posiada on także swój cień, ciemną stronę, która ujawnia się, gdy robot zaczyna działać w bardziej złożonych życiowych sytuacjach.
Wdrukowane w obwody naszego mózgu i utrwalone poprzez uczenie się schematy zachowań sprawiają, że określone sytuacje zazwyczaj uruchamiają w nas te same stereotypy reakcji. Jawią się niczym drogowskazy, które mówią: “teraz się uśmiechnij”, “wybuchnij złością”, “bądź wyrozumiały i tolerancyjny”. Postępowanie zgodnie z tymi wewnętrznymi mapami zdaje się tworzyć poczucie tożsamości, “bycia sobą”, “bycia” osobą spójną i przewidywalną. Co jednak dzieje się, gdy powstaje konflikt pomiędzy naszymi wewnętrznymi odczuciami a narzuconymi przez życie społeczne ograniczeniami? Zapewne niejeden raz doświadczyłeś sytuacji, w której chciałeś okazać np. złość, ale racjonalny umysł ostrzegał: “nie rób tego, konsekwencje mogą być opłakane”. Wsłuchanie się w ten racjonalny głos pozwala nam w wielu sytuacjach zapanować nad emocjonalnym uniesieniem. Z reguły jednak koszt takich działań ujawnia się jako stłumione emocje, które wcześniej, czy później objawią się pod postacią ścigającego nas cienia, nieakceptowanej części nas samych, alter ego, ciemnej strony mocy.
W trakcie wspomnianej przeze mnie rozmowy na temat radzenia sobie z gniewem przyszła mi na myśl idea wyrażana przez mistrzów Dzogczen. Odnosi się ona do zasady tak zwanego działania bez wysiłku, albo nie-działania. Nauczyciele ci wyrażają pogląd, który na pierwszy rzut oka może jawić się jako kompletny absurd. Mówią, że niczego nie należy zmieniać i pozwolić wszystkiemu pozostać takim jakie jest, ale jednocześnie ukazują, że praktykujący powinien podążać ścieżką, która pozwoli mu się uwolnić z klatki uwarunkowanych reakcji. Działać zatem, czy nie działać? Zmieniać coś czy pozostawać w stanie akceptacji, rozumianej najczęściej jako przyjmowanie tego co przychodzi, czyli swoistej bierności? A może w ogóle nie zawracać sobie głowy gadaniną jakichś dziwacznych joginów?
Myśl o naukach zdziwaczałych joginów nie opuszczała mnie jednak mimo zawartego w niej absurdu. Co jakiś czas powracała, aż wreszcie w jednym krótkim przebłysku zrozumienia pozwoliła się oswoić, ukazała intrygujący i swoisty sens, oto on.
Jak wspomniałem wcześniej, istota problemu z wyrażaniem siebie najczęściej polega na tym, że nauczyliśmy się uzewnętrzniać nasze reakcje w ramach pewnego zestawu zachowań. Przykładowo, gdy wzbiera w nas gniew, albo okazujemy go pod postacią złości, albo tłumimy. Nauki Dzogczen mówią o doświadczaniu wszystkiego z pełną świadomością. Czy można w tym odnaleźć sposób na wyzwolenie się z zaprogramowanych mechanizmów i zrzucić choć na chwilę tożsamość robota? Wyobraź sobie taką sytuację. Odczuwasz gniew, doświadczasz w pełni świadomie jak przejawia się w Twoim ciele, czujesz jak wzbiera i zmierza do wybuchu. I w tym właśnie momencie zamiast eksplodować, albo tłumić robisz coś kompletnie niezwykłego, co sprawia, że energia złości rozprzestrzenia się po całym Twoim organizmie, rozchodzi się i rozpływa. Niczego nie tłumisz, z niczym nie walczysz, niczego nie przekształcasz. Bawisz się sobą, eksperymentujesz z własnym doświadczeniem, poszukujesz nowych form wyrazu dla tego, czego doświadczasz. Niektórzy tak zwani szaleni jogini w takiej sytuacji zaczynali na przykład wykonywać ekstatyczny taniec.
W tych niezwykłych zachowaniach, w przekraczaniu granic wyznaczonych przez ego wciąż można odnajdywać nowe możliwości wyrażania siebie. Taka właśnie eksploracja wewnętrznej przestrzeni doświadczenia jawi mi się jako sztuka poszerzania świadomości, sztuka życia, które wymyka się rutynie. Początkowo takie eksperymenty mogą wydawać się nieco sztuczne a osobliwe wyrażanie swoich reakcji dziwaczne. Przypomina to trochę naukę jazdy samochodem. Gdy ją rozpoczynamy nasza niezdarność wydaje się irytująca. Dlaczego? Gdyż musimy porzucić dobrze nam znany schemat koncentracji uwagi i nauczyć się kompletnie nowych zachowań. Z czasem dochodzimy do coraz większej perfekcji. Jadąc możemy rozmawiać z siedzącą obok nas osobą, słuchać radia i cieszyć się mocą silnika. Gdy porzucamy schematy okazywania gniewu, radości, irytacji, euforii, spokoju, czy frustracji być może stajemy się mniej przewidywalni. Jeśli czynimy to jednak z pełniejszą świadomością, zdając sobie sprawę co się w nas dzieje, stajemy się jak bóstwo o tysiącu oczu, setce rąk i piętnastu głowach wciąż tworzące nową tożsamość. To właśnie jawi mi się jako praktyka bez praktyki, gdy samo życie, każda powstająca sytuacja może stać się okazją do rozwoju.
Komentarze
Witaj Aleandra
w krainie moich „wypocin”. Mam nadzieję, że użyty przeze mnie antyperyspirant jednak działa i nie ma konieczności zatykania nosa
Jeśli chodzi o Dzogczen, to polecałbym książki Namkai Norbu Rinpocze oraz Tenzin’a Wangyal’a Rinpocze. Dzogczen to znacznie więcej niż technika, to swoista sztuka życia. Powodzenia w poszukiwaniach i eksperymentach i zgłębianiu tematu a przede wszystkim dobrej zabawy ci życzę
i zapraszam oczywiście na mojego bloga. Poruszam tu różne tematy, do których skłania mnie nastrój panujący w niebezpiecznej kapliczce mojego umysłu
Psychika.net
ja ciesze się, że istnieje takie miejsce jak Twój blog, inspirujące, ciekawe i dające przestrzeń do dyskusji. Dzięki tematom, które poruszasz mogę przenieść się z moich ulubionych obszarów filozoficznych do bardziej psychologicznego tunelu rzeczywistości przez co mogę znaleźć inspirację i poszerzać swoje horyzonty myślowe.
Jacenty, myślę, że spodobały by ci się techniki stworzone przez Arniego Mindella w ramach tzw. processwork czyli pracy z procesem (POP). Technologia trochę mi przypomina to, co napisałeś o dzogczen, zresztą Mindell inspirował się mocno taoizmem i wspomnianym wu-wei (nie-robienie). W skrócie idea jest taka, że nie usuwamy żadnego kawałka jak się w nas pojawia, a dajemy się mu ujawnić i doświadczamy na różne sposoby tej energii, starając się odebrać informację jaką ze sobą niesie. Zresztą, chyba niedługo coś o tym więcej napiszę u siebie. pozdrawiam
Asiu,
z Arnim Mindellem trafiłaś w dziesiątkę
Przeczytałem trzy jego książki, ale zwłaszcza „Śnienie na jawie” mnie uwiodło. Stosując opisaną przez niego technikę „flirtowania z otoczeniem” rozwiązałem niełatwą dla mnie kwestię, związaną z pewną życiową rozmową. Może kiedyś o tym napiszę. W każdym razie pozwoliło mi to bardzo pozytywnie oczyścić całą sytuację, która nie była łatwa. Posługuję się też tą metodą w trakcie procesu wróżenia, pozwalając świadomości podążać za związkami mentalnymi i odczuciami w ciele, które wywołują karty, otoczenie i cały kontekst sytuacyjny.
Hehe, właśnie nastąpiła synchronizacja naszej wymiany myśli
Z praktycznego zastosowania dla mnie jak na razie najlepsza jest „tyłem do przodu” – sama praktyka. Niestety najświeższe pozycje są tak fatalnie przetłumaczone, że jest to niestrawne. POP jest przede wszystkim fantastyczną zabawą i przygodą, a jednocześnie w miarę spójnym i rozwijanym systemem.
Mindell włączył do zachodniej psychologii wiele z tego co oferują techniki szamańskie. Zrobił to w bardzo spójny, praktyczny a jednocześnie świetnie opisany sposób.
Jeśli o tłumaczenia chodzi to niestety wiele pozycji cierpi na nieudolności tłumaczy a mój angielski niestety nie jest na tyle dobry, żebym mógł czytać w oryginale i się nie męczyć


Hej!
.
Wpadłam na Twojego bloga z psychika.net i powiem szczerze, że Twoje – że się tak wyrażę – „wypociny” mnie zainteresowały, a zwłaszcza technika dzongczen – chętnie bym się dowiedziała czegoś więcej o tym, bo mam ochotę zgłębić temat i zastosować to w praktyce
Pozdrawiam i chyba będę częściej odwiedzać Twojego bloga.