Wszechświat miłości ;)

wszechswiat_milosciO Wszechświecie Idei na tym blogu już pisałem. Darzę go sympatią i uwielbiam zgłębiać jego zakamarki. Nieco inaczej sprawa wygląda jeśli chodzi o Wszechświat Miłości, toteż postanowiłem poruszyć ten temat. Główne slogany marketingowe, które przemawiają do nas z obozu New Age głoszą, że: “Wszechświat cię kocha”, “Bóg cię kocha”, “Wszechświat to cudowne miejsce, pełne obfitości, z którego możesz czerpać do woli”, “Bóg jest miłością”… Przeróżnych mutacji wymienionych powyżej idei istnieje pewnie tyle, ilu tych, którzy uznają je za prawdziwe i wierzą w ich moc. Jeśli chodzi o mnie, to mimo usilnych prób, które czyniłem, nie udało mi się niestety Wszechświata Miłości nigdzie dostrzec. Być może odpowiada za to jakieś ograniczenie umysłowe, ślepota, zła karma, szatan, albo co gorsza przypadek, który uwarunkował mój mózg ;)

Patrząc na wszechświat dostrzegam przede wszystkim bardzo nieprzyjazne życiu środowisko. W skali makrokosmicznej jawi mi się on jako wielka przestrzeń, w której panują skrajnie niskie, lub piekielnie wysokie temperatury a wszędzie dookoła hula sobie wszelakiego rodzaju zabójcze dla żywych organizmów promieniowanie. Jednym słowem przestrzeń kosmiczna to miejsce, w którym życiu, przynajmniej organicznemu, łatwo nie jest ;)

Gdy przyjmuję perspektywę mikrokosmosu, sprawy mają się równie nieciekawie. Życie organiczne to bezustanna walka o przetrwanie. Organizmy rywalizują o pożywienie, partnerów, terytorium i inne zasoby, oczywiście w zależności od stopnia ich rozwoju. Aby przeżyć trzeba zabijać. To podstawowa prawda, którą warunkuje łańcuch pokarmowy, jeden z najbardziej okrutnych i bezwzględnych mechanizmów świata organicznego, jaki znamy. Każda żywa istota musi zjadać inną, aby sama mogła żyć i rozwijać się.

Swego czasu wypowiedziałem twierdzenie, które u ludzi religijnych może wzbudzać wielkie oburzenie. Jeśli za tą koszmarną konstrukcją stoi jakiś osobowy twórca, jak chcą monoteiści, to w moim przekonaniu albo należałoby uznać go za sadystę doskonałego, albo za straszliwego nieudacznika, który stworzył żyjące piekło. Jednym słowem postrzegam go jako przerażającego demiurga. Zastanawiam się gdzie Chrześcijanie, Muzułmanie i Żydzi dostrzegają geniusz stworzenia. Czy u jego podstaw leży wielki łańcuch pokarmowy? Jedna z niewielu koncepcji, która mimo iż nawiązuje do tradycji religijnej ale jednocześnie potrafi dostrzec w stworzeniu akt dramatu to myśl kabalistów. Kabała mówi o akcie Cimcum i wynikłej z niego katastrofie popękanych naczyń. Zainteresowanych szczegółami tej koncepcji zachęcam do pogrzebania w tekstach kabalistycznych. Swoje trzy grosze odnośnie złośliwego, okrutnego i zadufanego w sobie demiurga mają także do powiedzenia gnostycy. Buddyści raczą nas nadzieją o innych światach, nieskażonych karmicznym kołowrotem cierpienia. Współczesna nauka z kolei pozostawia wszystko przypadkowi, swoistemu bogu, którego natura pozostaje niezgłębiona. Odzierając wszystko z choćby najdrobniejszej nadziei na jakiś głębszy sens, nauka ukazuje nam świat w świetle idei doboru naturalnego. I cóż robić? Pozostaje chyba nadal przemierzać matrix, spożywając każdego dnia strawę przyrządzoną z przeróżnych organicznych form życia. Być może mózg odżywiony odpowiednią ilością białka znajdzie odpowiedź na pytanie o prawdziwą naturę łańcucha pokarmowego i ukaże mojemu umysłowi meandry Wszechświata Miłości :)

dodajdo.com
Komentarze

Ja też jakoś tej miłości nie dostrzegam ani we wszechświecie ani na naszej cudnej planecie zwanej Ziemia:-). Czy mógłbyś polecić mi jakąś konkretną, dobrze napisaną książkę o Kabale? Pozdrawiam.

Z tych, które sam czytałem mogę polecić “Tajemnice Kabały” – Marc-Alain Ouaknin. Bardzo fajnie napisana książka. Świetny i bardzo przejrzysty język autora w połączeniu z prawdziwą kabalistyczna pasją sprawił, że pochłonąłem tę pozycję w momencie. “Kabała. Pieśń Duszy. Wprowadzenie do Żydowskiego Mistycyzmu” – Jechiel Bar-Lew – nieco przyciężkawa, ale z dużą głębią tłumaczy kabalistyczną wizję świata. “Kabała Ujawniona. Jak Doprowadzić Nas do Świata Pokoju, Harmonii i Ekorozwoju” – Michael Laitman – tę pozycję jedynie przeglądałem, ale warto chyba wziąć ją pod uwagę. Osobiście do kabalistycznych wizji wszechświata podchodzę z dużą dozą sceptycyzmu, niemniej jednak myślę, że warto je poznać. Mój ulubiony pisarz – Robert Anton Wilson określił kabałę jako największy żart, który wymyślili Żydzi :) Żarty często mają jednak to do siebie, że wyraźnie ukazują to, co z reguły zwykliśmy pomijać :) Czy kabalistyczne światy istnieją poza umysłem kabalistów? Myślę, że warto poeksperymentować, żeby wyrobić sobie pogląd na ten temat. Alister Crowley zażartował sobie kiedyś, że jeśli traktować kabałę dosłownie to wyraz kot byłby tożsamy z żywym kotem. Miedzy wyrazem kot a kotem (uwielbiam koty :) ) istnieje jednak przepaść :)
Pozdrawki

Tak jak pojęcie miłości jest bardzo trudno zdefiniować, tak pewnie jeszcze trudniej jest pojęcie wszechświata miłości nakreślić jakimi sensownymi granicami. Przyznam, że taka skrajna wizja piekła na ziemi jak przedstawiłeś jest jak dla mnie wręcz przerażająca brr… czy rzeczywiście otacza nas aż tak bardzo nie przyjazne środowisko, eee… no nie jest chyba tak źle. Zbyt dużo zaufania jest może być niebezpieczne, ale zupełny brak zaufania może do różnych stanów paranoidalnych doprowadzić. I ile trzyma się wszystko pewnych reguł świadczących o dualizmie świata , a więc, że nie wszystko jest nieprzyjazne, jak i nie wszystko jest przyjazne jest jak dla mnie ok. Pojęcie pasożytnictwa jest jak najbardziej aktualne w łańcuchu pokarmowym, ale symbioza przynamniej w ramach tego samego gatunku jest także żywym pojęciem. Rywalizcja….Hmmm…wyobraźmy sobie świat tak zupełnie pragmatycznie bez rywalizacji, jak on by, wylądał…jakie postępy robilibyśmy jako jednostka we własnym mikrokosmosie, a także społeczeństwo w swoim makrokosmosie. Życie jest wymianą materii i energii, a gdyby tego nie było, to, czym by było…, pewnie niczym …pustką ;-) ?

Sprzyjające elementy można oczywiście odnaleźć. Sama ziemia z jej warunkami sprzyjającymi powstaniu życia to pewien jak się wydaje dość rzadki widok we wszechświecie :) Być może istnieją miliardy planet kwitnących życiem, ale nasza wiedza znajduje się na tak niskim poziomie, że nie możemy tego obserwować. Niemniej jednak życie organiczne wydaje się być absolutnie uwiązane śmiercią i walką. Jak wyglądałby rozwój bez mechanizmu rywalizacji? Bardzo interesujące pytanie. Wydaje mi się, że można przynajmniej spróbować stworzyć w wyobraźni kompletnie inne modele rozwoju. Jesteśmy tak uwikłani w łańcuch pokarmowy :) i rywalizowanie, że nawet trudno wyobrazić sobie rozwój bez tego elementu. Nie znaczy to jednak, że nie można by oprzeć mechanizmów rozwojowych o kompletnie inne procesy. Przenosimy nasze biologiczne uwarunkowania na programowanie kultury. To zdaje się być zupełnie naturalny kierunek. Ale może warto by przekroczyć ramy tego matrixa? Mogłoby to być bardzo interesujące doświadczenie.

Tak , tak Jacenty :-) być może istnieją miliardy planet kwitnących życiem, tylko gdybyśmy mogli to obserwować, to co by z tego wyniknęło . Pewnie podglądalibyśmy sobie mieszkańców tychże planet, może dostrzeglibyśmy coś , czego można by się było nauczyć, może próbowalibyśmy ich naśladować , mniej lub bardziej udolnie. Podobnie jak z partnerami, przyjaciółmi, znajomymi, sąsiadami, tych czasami również podglądamy, ale czy przypadkiem nie na tym poziomie już zaczyna się rywalizacja. W zasadzie nie ma w tym nic złego, o ile podglądanie jest intelektualnie wzbogacające, a nie szkodzące, to korzystamy w jakimś stopniu wszyscy z rozwoju, tu można mówić o symbiozie.

Zgadza się trudno jest stworzyć inne modele, gdyż jesteśmy tak bardzo uwikłani w łańcuchy pokarmowe, jak i rywalizację, bo w jakiś stopniu te gwarantują nam rozwój i przeżycie. Mówisz, że można by oprzeć mechanizmy rozwoju o inne procesy, być może, …Choć przyznam, że jest mi to trudno sobie wyobrazić. Przenieść uwarunkowania biologiczne na programowanie nowej kultury pewnie jest to możliwe no…, ale to, co nowe programowanie kultury zamiast łańcucha pokarmowego… toż przecież bez wody i pokarmu nie przeżyjemy…. Nie bardzo rozumiem, jak wyobrażasz sobie praktycznie przekroczenie ram tego matrixa…podpowiedz mi, …bo być może mogłoby być to rzeczywiście interesującym doświadczaniem :-)

Zgadza się, bez wody i pokarmu nie przeżyjemy, przynajmniej póki co. Być może w przyszłości będziemy potrafili np. przetransformować procesy umysłowe (świadomość) poza mózg i cieszyć się kompletnie innym matrixem, ale to oczywiście spekulacje science fiction :) Pozostaje pytanie czy możemy coś zrobić dziś, chociażby spróbować wyjść poza ramy matrixa rywalizacji. Myślę, że, aby to w ogóle stało się możliwe konieczne jest, aby stawać się bardziej świadomym sposobu w jaki warunkuje nas kultura, w której żyjemy. Weźmy na warsztat największe współczesne pole rywalizacji jakie przejawia się w zachodniej cywilizacji – biznes. Większość ludzi uważa że mamy wybór wyłącznie pomiędzy kapitalizmem a różnymi odmianami socjalizmu, czy w skrajnym przypadku komunizmu. Z trwogą patrzę jak zieloni, alterglobaliści i inni im podobni szukają panaceum w ideach marksistowsko – leninowskich. Niechęcią napawa mnie ogłupiająca propaganda konsumpcyjnej pop kultury uświęcająca kapitalizm. Stereotypy płynące z wychowania i edukacji każą nam wierzyć, że możemy wybierać w obszarze tych właśnie rozwiązań systemowych, jeśli idzie o konstrukcję społeczno – gospodarczą. Czyż ludzki umysł nie potrafi wymyślić żadnej alternatywy dla takiego dictum? Nie mam recepty, ale uważam, że jeśli zaczęlibyśmy o tym na poważnie, z pasją i poczuciem humoru dyskutować coś by się narodziło. Problem w tym, że system robi z nas niewolników. Wmawia się nam różne pierdoły i napędza machinę kompletnie absurdalnej konsumpcji. Co moim zdaniem jest warte wykorzystania z idei kapitalizmu? Niewątpliwie własność prywatna. Co jest warte odrzucenia? Z pewnością oparcie wzrostu gospodarczego o spiralę zakupową. Rozprawienie się z tym systemem byłoby nie w smak dla elit żerujących na głupocie i wmawiających ogłupionym masom, że muszą kupować, kupować i jeszcze raz kupować. Nonsens rywalizacji obserwuję w rozwoju technologii komputerowych. Firmy konkurując mnożą standardy i uniemożliwiają sobie na wzajem korzystanie z własnych osiągnięć. To spowalnia a nie przyspiesza rozwój. Gdyby oprzeć gratyfikację (systemowo) na synergii a nie konkurowaniu efekty mogłyby być znacznie lepsze, jak mi się wydaje. Inny przykład – lobby naftowe skutecznie blokuje rozwój alternatywnych źródeł energii i będzie to robić pewnie jeszcze długo, gdyż bajońsko się na tym bogaci. Czy odpowiedzią ma być komunistyczna nijakość o czym marzą co niektórzy zieloni i alter globaliści. Mam nadzieję, że ta choroba nas nie strawi. Potrzebujemy zupełnie nowych rozwiązań, poza tymi matrixami. Trzeba wyjść poza myślenie o równości i konkurencji jako antidotach.

“Czyż ludzki umysł nie potrafi wymyślić żadnej alternatywy dla takiego dictum?” Umysł potrafi wymyślić lecz żyjemy w pewnych ramach z za których nikt nie może wyjrzeć a jak wyjrzy to dostanie po łbie. Zaraz zostanie okrzyknięty [szatanem] albo innym odszczepieńcem i szczytne idee zastają zamienione w bagno – bo tak nie może być. Idea rozwoju naszej cywilizacji jest słuszna i tyle!! Więcej to na innej planecie jest. Plejadanie nam przynieśli taką szczytną idee o zabrali jak odlecieli. Jak to nie pomoże to ktoś nam wyrecytuje wersety Apokalipsy aby strach nas ogarnął bo koniec jest blisko. Tak się właśnie nasze swobodne myślenie zamyka w głodnych kawałkach idei już istniejących. Komunizm był zły i został zastąpiony demokracją która przypomina kloakę. Buddyści raczą nas nadzieją o innych światach, nieskażonych karmicznym kołowrotem cierpienia odwieczną miłością ale jak czyta się ich wypowiedzi to tylko klękać na kolana i płakać. Coś mnie się wydaje że miłość jest tam gdzie nas nie ma dlatego nigdy jej nie dosięgniemy.Nie jest ona dostępna dla nas ponieważ nigdy jej nie zaznaliśmy ponieważ wielki wybuch jaki stworzył nasz świat nie był przejawem miłości lub troski.

Systemy kontroli społecznej funkcjonujące w naszej zachodniej kulturze w miarę bez problemu akceptują coś co postrzegają jako indywidualne fanaberie. Gdy jednak te indywidualne fanaberie zaczynają mieć znaczący wpływ na obowiązujący porządek społeczny mamy do czynienia z problemem. Jako przykład może posłużyć chociażby przypadek Timothy Leary’ego. Cała funkcjonująca obecnie propaganda New Age świetnie wpisuje się w hołd dla kapitalizmu korporacyjnego, na czele z Prawem Przyciągania sukcesu, dobrobytu i konsumpcji. Nie należę do przeciwników dobrobytu, ale zdecydowanie należę do przeciwników ogłupiającego wpływu pop kultury. Co ciekawe nurty New Age bardzo mocno akcentują całkowitą niezależność woli jednostki od realiów społecznych. To bardzo bezpieczny nurt dla obecnej zachodniej pop kultury. New Age w magiczny wręcz sposób omamia całe rzesze wizją, że bez dokonywania jakichkolwiek zmian w zakresie obowiązującego porządku społecznego, możecie być wolni, szczęśliwi i bogaci. Potrzebujemy zmiany w samej kulturze i możemy jej dokonać. Nie jest to jednak zadanie proste. Weźmy na przykład ruchy hipisowskie i antywojenne z okresu lat 60-tych. Propagowany przez nich kierunek zmian kompletnie ignorował problemy związane z układem sił na świecie. Reprezentowali kompletną ignorancję wobec realnego przecież zagrożenia sowieckiego i wojennej doktryny radzieckiej. Zmiana musi uwzględniać wiele aspektów, nie może być ślepa na otoczenie, ale chcąc coś zmienić powinniśmy ją propagować.

Panie Jacenty propaganda New Age została przekształcona tak szybko jak się pojawiła. Proszę się nad tym chwilkę zastanowić bez zbędnych emocji a zobaczy pan, że natychmiast w chwili wielkiego jej wybuchu nastąpiło drugie bum, ponieważ osoby trzecie zaczęły w niej grzebać rodząc w lekkich bólach seksty i inne gady. Otóż drogi panie Jacku prawo przyciągania to nic innego jak manipulowanie rzeszami zagorzałych zwolenników tej idei. Dlaczego? Otóż ktoś sobie zdał szybko sprawę z tego, że można w ten sposób wychowywać młodych ludzi na społeczność konsumpcyjną. Prawo przyciągania twierdzi, że przyciągamy to, co sobie wyobrazimy, więc co sobie wyobrażamy: nowy dom, samochód, dużo pieniędzy i takie tam inne jakby miały same spaść z nieba. I co spadają. G….spada a to, co na nas spada to tylko ptasia grypa i nic więcej. Wyobrażenia utrwalają w młodym społeczeństwie dążenie do dóbr materialnych i chociaż ja sam nie lubię być biedny to wiem jednak, że samo nic nie przychodzi. Prawo przyciągania jest lepsze niż jakakolwiek reklama podprogowa czy inna równie złośliwa – nadawanie sygnału drażniącego nasz mózg o odpowiedniej częstotliwości. Oczywiście można powiedzieć, że jest to następna teoria spiskowa, ale proszę zauważyć jak reagują na reklamy zwierzęta. Albo inne pierdoły – medytacja z nastawianiem na skutek. Normalnie śmiech na sali i być może starsze społeczeństwo takie jak ja jest oporne na takie pierdoły, ale czym jest medytacja. Otwarciem się na doznania a nie wizualizacja. Tak właśnie kończy się idea ezoteryki i jakiejkolwiek innej metody, ponieważ tłumaczy się młodym adeptom, że to dzięki niej można wszystko. Można to i tamto a to przecież nie o to chodzi. Tutaj pewna historyjka. Parę lat wstecz zepsuł mi się samochód a ponieważ był stary nie tak jak obecnie skomputeryzowany to można było, co nieco samemu naprawić jak się widziało, co i jak. Grzebię sobie w tym samochodzie aż przyszedł sąsiad, który patrzy z politowaniem na mnie i mówi, że może je naprawić siłą własnego umysłu. Sąsiad był po kursie R….nie będę mówił, jakim. Zacząłem mówić, że to wina zalanych świec i chciałem mu dokładnie wytłumaczyć, o co chodzi, ale nie chciał słuchać. Dobra mówię i poszedłem na fajkę, aby nie przeszkadzać. Po 10 minutach woła mnie abym włączył silnik no i… nie zapalił, bo jakby mógł a on na to, że to jest moja wina, ponieważ nie wierzyłem w powodzenie jego zabiegu. Ja na to człowieku nie chciałem ci przeszkadzać, ale nie wkręciłem jednej świecy, dlatego nie odpalił silnik. Minęło parę lat a on do mnie się nie odzywa, bo się za tą świecę pogniewał na śmierć. Czasami to ręce opadają a pan tutaj z jakąś miłością wyskakuje. Jak by się ludzie kochali to nie potrzebowali by żadnej broni, armii, bomb atomowych czy szlabanów granicznych. Zanim założyłem swojego bloga przyglądałem się różnym portalom społecznościowym i wie pan, co? Jak jest za dużo ludzi to zaczyna się przepychana ja jestem lepszy od najlepszego. Zaczyna się rzeż i wzajemna poszturchiwanie. Zero zrozumienia i wymiany myśli. Tam też nie ma miłości, więc gdzie ona jest. Obecnie okazuje się, że próżnia nie jest pusta (ale światłe odkrycie kiedy już 2000 lat wstecz o tym było widome) to może tam znajdują się jakieś drobinki miłości niczym złote runo którym każdy jest pokryty.

Prawdziwe wieki temu, bo w znamiennych latach 90-tych :) miałem okazję uczestniczyć w najlepszym spektaklu psychotechniki jaki kiedykolwiek było mi dane oglądać. Jako młody, aczkolwiek dociekliwy student socjologii obserwowałem to z osłupieniem. Było to zebranie amway-owskiej grupy sprzedażowej – Network21. Diamentowi dystrybutorzy przemawiali na scenie, ich sponsorzy (tak się nazywali ci co wciągnęli ich do sieci sprzedażowej) byli pokazywani na filmach jak wysiadają z własnego helikoptera na prywatnej wyspie. Ktoś mówił, że Jezus nas kocha i wspiera przez co stajemy się bogaci ;) Coś niesamowitego. Byłem wprost zahipnotyzowany, ale nie tym spektaklem, lecz wiarą uczestników w to, że posiądą własne helikoptery i prywatne wyspy. Po wielu latach miałem jeszcze kontakt z niektórymi. Byli tak samo biedni jak poprzednio i ciągle wierzyli w magię sukcesu. inni, którzy zamiast wierzyć w te pierdoły pozakładali sensowne firmy faktycznie coś osiągnęli. Narcystyczna kultura konsumpcyjnego dobrobytu ogłupia i otępia swych wyznawców do granic możliwości. Tak spacyfikowane społeczeństwo nie jest zdolne podjąć jakiejkolwiek inicjatywy ku zmianie. Czy, aby to przerwać potrzebujemy wojny, drastycznego wyrwania ze stanu otępiającego letargu?

Nic nie wiem o Wszechświecie Miłości czy Idei – jak rozumiem są to koncepcje właścicieli pofałdowanej mocno kory mózgowej. Dla mnie istnieje poprostu Wszechświat, który nie jest ani okrutny w swych łańcuchach pokarmowych ani piekielny w swych mechanizmach ani “boski” w swej wspaniałości. Wszechświat poprostu jest jaki jest. Ja lubię myśleć o tym, że wszystko wraca do swego źródła, że “mój” Wszechświat jest również Wszechświatem mrówki, bakterii i glonu i podlegamy tym samym prawom fizycznym i biologicznym. Więcej korzystam obserwując rośliny i zwierzęta i będąc blisko istot żywych nie będących ludźmi. Drzewo jest drzewem i nie chce i nie potrafi być szczurem. Człowiek wciąż stara się nie być sobą lecz kimś (czymś? ) innym niż jest; wyłazi ze skóry, żeby zadziwić świat najczęściej robi to za pomocą słów. Wolę patrzeć na kroczące poważnie po trawniku czarne gawrony za oknem. Mocnymi dziobami wydłubują robaki z ziemi i to jest mój Wszechświat, bardzo bardzo, taki jaki jest, rzeczywisty.

Witaj Catta na moim blogu,
Wszechświat miłości to taki swoisty (marketingowy twór) speców od New Age. Czy można powiedzieć, że wszechświat JEST okrutny, bądź pełen miłości? Myślę, że można jedynie przyjąć perspektywę w myśl, której skłaniamy się do określonego postrzegania zjawisk. Moja perspektywa ukazuje koszmar łańcucha pokarmowego. To właśnie on tworzy w moim umyśle swoiste zderzenie z koncepcjami miłującej boskości.
Pozdrawki :)

nie jestem przekonany co do tego zlepku szczatkowych informacji, niby to przeglad czegos, ale nie do konca wiadomo czego, nie wiem wogule co o tym tu myśleć. demiurg az taki zly w kazdym razie nie byl, jak go przedstawiasz. formowal rzeczy na wzor idei. z chaosu, to juz coś! nie?
A co do twojego pojecia kabały to Majmonides by sie z nim stanowczo nie zgodzil…

Witaj Tadzik na moim blogu
Aby dokonać oceny czynów demiurga zmuszeni jesteśmy stosować jakiś system odniesienia (system wartości). Mój system odniesienia postrzega go jako sadystę doskonałego. Niektórzy widzą w jego kreacji dzieła, które nazywają bożymi. Jak widać systemy odniesienia mogą skrajnie się od siebie różnić. Podkreślam, że to wyłącznie mój subiektywny punkt widzenia, skażony pewnym rodzajem wrażliwości, tunel rzeczywistości, w którym dobrze się czuję. Jeśli chodzi o kabałę, to myślę, że każdy pobożny kabalista widząc moje podejście, absolutnie by się ze mną nie zgodził. Nawet Izaak Luria, który mówił o cimcum, gdyby zobaczył to, co piszę, najprawdopodobniej przewróciłby się w grobie.

dostrzeganie milosci we wszechswiecie nie jest tozsame z miloscia pojeta na wzor personalistyczny. To sa oddalone o kilometry swietlne dwie koncepcje metafizyczne nie majace ze soba nic wspolnego. Nawet pojecie milosc w obu koncepcjach to dwie rozne ,,gry jezykowe”. Podobnie rzecz sie ma z absurdalnym porownywaniem: kosmicznej energii wzgledem Boga pojetego na sposob personalistyczny.

Osobiscie wyznaje relacyjna koncepcje bytu, akcentujacą personalistyczną jakosc relacji w nim zachodzacą. I doprawdy trudno mi tu dostrzec cos, co godne jest obsmiania. Jako chrzescijanin i zwolennik ,,twardej” scholastyki – w przeciwienstwie do wielu oswieconych – ujmuje swoje graniczne przekonania w kategoriach wiary a nie wiedzy. Wiara, ktora nie jest pojeta na sposob fideistyczny ale na sposob scislej korelacji ze zrozumieniem.

Jesli chodzi o druga czesc tekstu to problem teodyceii nie da sie ostatecznie przesadzic na jedną ze stron, gdyz to, jak ujmiemy rzeczywistosc (czy w kategoriach zla czy dobra) zalezy ostatecznie od naszej woli. Sama teodyca pozwala natomiast poukladac osobie przyjmujace okreslone stanowisko i pogodzic z doktryna wiary jaka wyznaje. Doktryna katolicka wychodzi z zalozenia, ze wszystko co istnieje jest dobre, a zlo jest brakiem dobra. Skracajac argumentacje Augustyna to przyjmuje on perspektywe, ze lepiej istniec niz nie istniec. Sam fakt istnienia jest juz swego rodzaju dobrem, zlo powstaje tylko na gruncie wyboru. Wybor jest tu pojety jako decyzja pomiedzy mniejszym dobrem a wiekszym. Wybranie mniejszego zla jest zlem powstajacym na gruncie wolitywnym a nie ontologicznym.
W tej koncepcje kazde ,,zlo” np. kataklizm jest podtrzymywane przez Boga w istnieniu, gdyz z tego mozna wyprowadzic jeszcze wieksze dobro. Ludzkiemu bolowi egzystencjalnemu, cierpieniu nadaje sie w ten sposob glebszego sensu, np. cierpienie moze rodzic wspolczucie (przyklad przejscia od ,,zla” ontologicznego do dobra wolitywnego). To jedno z rozwiazan problemu zla….

Inne rozwiazanie bliskie chrzescijanskiej koncepcji bytu to teoria swiatow mozliwych Leibniza. Rownie ciekawa i nie mniej banalna jak wiara gnostycko-podobna, ze istniejemy w skazonym ontologicznie – przez zlo – swiecie.

“Wybranie mniejszego zla jest zlem powstajacym na gruncie wolitywnym a nie ontologicznym.”
ech, wkradl sie blad zmieniajacy sens mojej mysli. Mialo byc: Wybranie mniejszego DOBRA jest zlem powstajacym na gruncie wolitywnym a nie ontologicznym

Witaj Gregorio
Dzięki za obszerny i głęboki komentarz. Reprezentujemy jak mi się wydaje kompletnie różne światopoglądy w kwestiach duchowości i religii. Ty – chrześcijanin i zwolennik “twardej scholastyki”. Ja – agnostyk i człowiek bardzo krytyczny wobec Chrześcijaństwa, czasem określam siebie mianem – anty-chrześcijanina. Mimo to a może właśnie dlatego cieszę się z Twojego komentarza i wymiany jakże różnych poglądów. Osobiście nie wierzę ani w Boga Stwórcę w ujęciu chrześcijańskim, ani w Demiurga Stwórcę w ujęciu gnostyckim. Chyba jedyna koncepcja, która w pewnym stopniu jest dla mnie do przyjęcia, to ujęcie religii jakie przedstawił twórca Judaizmu Rekonstrukcjonistycznego – Mordechaj Kaplan – religia jako swoisty element ewolucji. Wiara w rozumieniu chrześcijańskim nie jest dla mnie do zaakceptowania z wielu powodów, ale przede wszystkim z powodu jej jawnego konfliktu z postawą empiryczną. W mojej opinii rozum dał nam znacznie więcej niż wiara mimo jego ograniczeń. Za Utą Ranke Haineman powtórzę, że nieszczęściem Chrześcijaństwa było zwycięstwo koncepcji, w którą wierzył Paweł z Tarsu.

Rowniez dziekuje za ciekawy komentarz. Co prawda rozum to rzecz niezwykle cenna w dzisiejszym swiecie chaosu duchowego, aczkolwiek w moim odczuciu, kryteria empiryczno-racjonalistyczne bardzo szybko sie zalamują, gdy dochodzimy do granicznych pojec.
Tak jak w pozytywizmie i neopozytywizmie wiazalismy duze nadzieje z filzofia analityczną, tak dzisiaj coraz wiecej analitykow to radykalni sceptycy poznawczy. Jak rzekl niegdys proroczo Hume: filozofia prowadzi do sceptycyzmu poznawczego, skadinad porzucil ją i zajal sie czyms bardziej praktycznym, tzn historią :)
Oczywiscie nie do konca podzielam zdanie Hume, jednakze zgadzam sie z nim, ze caly problem z naszą refleksją polega na zetknieciu się z granicznymi pojeciami. Tam ulokowala sie tajemnica naszych przekonan, ktore sa oparte na podstawie irracjonalnej.
W pewnym momencie musi pojawic sie sciana, przez którą nijak da sie przejsc dalej. Aby rozprawiac o tym co znajduje sie poza granicą naszego poznania, potrzebna jest wiara. Poza tym, wydaje mi sie, ze czlowiek szuka spelnienia wlasnie na progu tej granicy, gdyz wydaje sie, ze tam ulokowala sie soteriologiczna tresc naszych poszukiwan.
Tak wiec nie da sie intelektem ostatecznie cos przesadzic. Zrodlo naszych przekonan poprzedza nasza wola, a uzasadnienie jest swego rodzaju pretekstem, badz formą poukladania nowo nabytych tresci.
Tak mi sie przynajmniej na dzien dzisiejszy wydaje :)

A dlaczego mamy w takim razie odnosic sie do punktow granicznych naszego poznania?(a nie zawieszac sady, jak robią o sceptycy)
Problem dzisiejszego postmodernizmu, ktory oparty jest na dekonstrukcji wszelkich prawd(szkoda, ze nie potrafi zdac sie na gest odwagi i z dekonstruowac samego siebie ;) ) to calkowita utrata tozsamosci. Bedac konsekwetnym postmodernistą badz sceptykiem poznawczym w wykonaniu racjonalistycznym – czlowiek jest jak zagubiona mysz: wie, ze potrzebna jest mu nora do przetrwania, ale w imie ,,wyzszych idei” tkwi w punkcie zawieszenia. Szczerze powiedziawszy to trudno znalezc konsekwetnego sceptyka, gdyz natura ludzka w tym wzgledzie jest sileniejsza. To rzeczywistosc nam narzuca podejecie wyboru i opowiedzenie sie po jednej ze stron.
Oprocz scholastykow bliski mi jest w tym wzgledzie Pascal, ktory rowniez wyszedl z przekonania, ze intelekt nie jest w stanie sprostac prawdom ostatecznym i musimy stanac przed koniecznoscią wyboru w wierze. Inaczej stoi przed nami problem wlasnej tozsamosci.

To jest moj intelekualny ,,pretekst”, aby nie byc “twardym” agnostykiem albo sceptykiem, gdyz natura ludzka chce pojsc dalej, a nie zatrzymywac sie w polowie drogi.
Chyba takie sa reguly gry, jakie ustalone zostaly w doswiadczalnej przez nas rzeczywistosci.

Gregorio
jeśli chodzi o granice, których sięga rozumu i związany z tym problem, że przy pomocy rozumu trudno mówić o możliwości pełnego poznania, to w zasadzie podpisuję się pod stanowiskiem, które przedstawiłeś. Bardzo podobny jest także mój stosunek do dekonstrukcjonizmu, który zaserwował nam post modernizm. Ken Wilber ukuł na to dość złośliwe ale moim zdaniem bardzo trafne określenie – “Płaska ziemia”. Skrajny post modernizm ukazuje nam obraz świata jako jednowymiarowy, poszatkowany, pozbawiony jakiegokolwiek sensu twór. W imię tej ideologii dekonstrukcjonizm powinien, chcąc być konsekwentny, uznać samego siebie za równie absurdalny. Myślę, że skrajny redukcjonizm i obsesyjny racjonalizm to swoista choroba dręcząca nasze współczesne rozumienie nauki. Mając to na uwadze stawiam jednak inne pytanie. Czy lekarstwem na bolączki postmodernistycznej dekonstrukcji i obsesyjnego racjonalizmu musi być wiara? Otóż wydaje mi się, że nie musi tak być. Dość interesujący model, który moim zdaniem można brać pod uwagę przedstawił wspomniany już przeze mnie Ken Wilber, tworząc koncepcję czterech ćwiartek. Jest w niej miejsce zarówno dla tego co racjonalne (w myśl współczesnego rozumienia racjonalizmu) jak i dla tego co umyka poznaniu z perspektywy “TO”, z perspektywy trzeciej osoby, obserwującego badacza. Introspekcja jako nauka eksperymentalna zdaje się nieść pewne możliwości w tym zakresie. Mówię “pewne możliwości” ponieważ nie do końca zgadzam się z ujęciem wilberowskim (o ile dobrze go rozumiem). Otóż musimy brać pod uwagę, że introspekcja nie koniecznie otwiera nas na tzw. wyższe poziomy świadomości (tak jak rozumieją to Buddyści). Dość obszernie swoje wątpliwości w tym zakresie opisałem na tym blogu w notce “Uchwycić świadomość”. W największym skrócie przedstawię to tak. Wszystko czego doświadczamy, dzieje się z perspektywy nas jako żyjącego organizmu. Również wizje mistyczne i doświadczenia określane jako nadzmysłowe, a także to, co Buddyści określają jako satori, czy czysty umysł wyraża się z perspektywy żyjącego organizmu. Nie da się oderwać umysłu od mózgu ale jednocześnie umysłu nie da się do mózgu zredukować. Bardzo dobrze ukazuje to Karl Pribram, rozwijając holograficzną teorię funkcjonowania mózgu. Przyznaję, że sympatyzuję z nurtem określanym jako neuro-filozofia, gdyż rozumie on związki pomiędzy mózgiem a umysłem. Wadą metafizyki jest tworzenie koncepcji o charakterze dogmatycznym, bez prób budowy narzędzi badawczych. Wadą skrajnego materializmu z kolei jest negowanie istnienia Ducha. Poprzednio napisałem iż nie wierzę w Boga Stwórcę. Muszę to teraz nieco uściślić. Nie wierzę w to iż Biblia albo jakakolwiek inna księga uznana za świętą jest przekazem od Boga Żywego. Być może Bóg Żywy istnieje, jednak odnoszę wrażenie, że nic o nim nie wiemy. Tworzymy jedynie wyobrażenia Boga i upieramy się, że ukazują one jego naturę. Wspominałem uprzednio o Judaizmie Rekonstrukcjonistycznym Mordechaja Kaplana. Koncepcja ta pozwala na powiązanie tradycji i rozwoju w procesie bezustannej ewolucji. Tora w myśl tej idei nie jest jakimś monolitycznym raz na zawsze danym nam prawem bożym. Prawo boże to raczej proces niż stan. Od tysiącleci upieramy się przy koncepcji, że Bóg musi być jak skała a jego prawa muszą być niezmienne. Być może to podstawowy błąd, prowadzący nas donikąd? Pragniemy stabilności jako żyjące istoty i tworzymy wizje stabilności doskonałej, czyniąc z niej Boga. Rozwój nauki ukazał nam, że warto patrzeć na rzeczywistość również w kategoriach procesów an ie tylko stanów i obiektów. Nastąpiło jednak coś dziwnego – mitologizacja procesu, która stała się moim zdaniem podstawą dla New Age – kompletnego szaleństwa umysłowego naszych czasów. W myśl tego szaleństwa Wszechświat nas kocha, Bóg jest energią a Jezus obdarza wiernych dolarami, gdy powtarzają afirmacje sukcesu :) I znowu strywializowaliśmy Boga Żywego zamykając go w kolejnych pojęciowych ramkach, tym razem pseudonauki. Nie wiem czy Bóg Żywy istnieje, ale jeśli istnieje, to moim zdaniem żadna z tych dróg do niego nie prowadzi.

>>>I znowu strywializowaliśmy Boga Żywego zamykając go w kolejnych pojęciowych ramkach, tym razem pseudonauki. Nie wiem czy Bóg Żywy istnieje, ale jeśli istnieje, to moim zdaniem żadna z tych dróg do niego nie prowadzi.
>>>>>>>>>>>

Zgadza sie. Niestety nie da sie uciec od tych pojeciowych ramek za kazdym razem, gdy probujemy sie odniesc do przedmiotu naszego poznania(agnostyk rowniez zamyka pojecie Boga w takowej ramce czyniac go noumenem). Osobiscie uwazam, ze intelekt nie jest w stanie ujac istoty Boga zywego, gdyz tego sie nie okresla, a przezywa. Tak wiec jest to juz kompetencja przezyc mistycznych.
Dla mnie istotne w tym wszystkim jest aby skorelowac funkcje intelektu z przezyciem religijnym (w ten sposob u mnie znika problem egregorow w religii, ktorą wyznaje czyli bytow ktore mialy by mnie w jakis sposob zniewolic, dzialajac pod powloką religijną). Intelekt powinien odpowiadac na pytanie: dlaczego praktykuje tę a nie inną religie, jakie jest uzasadnienie tychze praktyk i owoce jakie zbieram dokonujac okreslonej praktyki.

Jednakze ,,praktyka” duchowa na poziomie intelektu skazana jest na porazke. Kiedys probowalem to robic i zaprowadzilo mnie to do deizmu. :)
Czysty intelekt zawsze prowadzi do deizmu badz w ogole wyklucza sens rozprawiania o Bogu albo innej formie transcendencji.

Jesli chodzi o Wibera to czytalem jedną ksiazke z nim, a wlasciwie wywiad. Jesli chodzi o aspekty epistemologiczne o ktorych napomniales to rowniez sa one mi bardzo bliskie(jego antyredukcjonizm), natomiast jego syntezy religijne sa w iscie postmodernistycznym stylu. NIe da sie na rowni traktowac wszytskich religii swiata jak probuje to zaprezentowac Wiber. Skaidnad z jego syntezy przemycane sa upodobania czysto buddyjskie, ktore nijak da sie pogodzic, np. z soteriologią chrzescijanską(istotą chrzescijanstwa jest personalizm, natomiast religie dalekigo wschodu to antypersonalistyczne stanowiska).

Jesli chodzi o ewolucje religijną to watpie czy aby jakikolwiek szanujacy sie teolog katolicki takową wykluczal. Wystarczy popatrzec na metafizyke znanego ewolucjonisty i paleontologa, ktory przelozyl biologiczną ewolucje na cala metafiyczną rzeczywistosc – chodzi mi oczywiscie o Pierra de Chardin. Ten sposob uprawiania teologii katolickiej jest kontynuowany przez wspolczesnych teologow takich jak Rahner czy Balthasar. Zrodlo takich form myslenia mozna juz znalezc w okresie patrystycznym, chodzi mi szczegolnie o Orygenesa i Grzegorza z Nyssy.

W innych wielkich tradycjach religijnych takich jak islam mamy inne alernatywy. Np. koncepcja dwoch prawd Awerroesa. Prawda filozficzna jako ta, ktora ma odkrywac Boga w sposob niezantropomorfizowany, i prawda religijna ktora pozwala odniesc sie do Transcendencji poprzez proste formuly przeznaczone dla prostaczkow. W ortodoksyjnym hinduizmie natomiast pojawia sie skrajna otwartosc na roznosc drog religijnych, gdyz prawie kazda praktyka religijna rozpuszcza w jakis sposob ,,ja” i spelnia w ten sposob uniwersalny cel wyzwolenia sie z kola samsary.
Wybor okreslonej religii to kwestia wiary, jednakze nie jest to wybor zupelnie zawieszony z prozni. Wybor mozna uprawomocniac owocami jakie sie zbiera. Zresztą nie chodzi tu tylko o religie, ale kazdy system przekonan, ktory mozemy potencjalnie przyjac.
Dla mnie chrzescijanstwo nie tylko sprawdza sie w moim zyciu (a mialem okresy, kiedy zupelnie porzucalem wiare religijną i owoce jakie zbieralem byly niezadowalajace), ale tez wydaje sie miec jakas uniwersalną moc egzytencjlną wzgledem calej populacji ludzkiej. Krotko trwajace tradycje religijne, ktore nie przetrwaly proby czasu i sie szybko zalamaly – moga byc powodem, aby wiekszym sceptycyzmem je otoczyc. Prawa ewolucji natomiast mowia o czyms takim jak adaptacja. Skoro chrzescijanstwo i inne najwieksze religie swiata przetrwaly dlugi okres czasu to dla mnie to powod, aby szukac jakiegos glebszego metafizycznego uzasadnienia dla takiego stanu rzeczy. Dopiero w tych trdycjach czuje sie bezpiecznie, gdy szukam jakiegos kontaktu mistycznego. Tak jak picie ayahuasca bez kontroli szamana moze zakonczyc sie nieciekawie, tak tez inicjacja religijna ktora ma w pogardzie autorytet najwiekszych religii swiata – zwykle – rowneiz nieciekawie sie konczy.
oczywiscie nie da sie zupelnie wyrugowac niepewnosci i ryzyka, gdy przyjmuje sie okreslony system wierzen, ale czy to nie tyczy sie przypadkiem kazdego wyboru zwiazanego z przyjeciem okreslonych przekonan?(swietnie o tym pisze Pascal)
Z mojej strony to juz chyba ostatni post na ten temat. Zaczalem sie niezdrowa nakrecac. ;) Ale temat rzeczywiscie ciekawy.

acha, ciekawi mnie jedna rzecz dotyczaca Twoich przekonan. Jak w Twoich przekoniach sa okreslone kwestie sensu zycia? Czy w twoich przekonaniach jest miejsce na pytania o cele, ktore dalyby poczucie absolutengo spelnienia. Byc moze wszytsko to zamykasz w celach i sensach doraznych, ale jakos trudno mi uwierzyc, ze czlowiek w takiej zredukowanej formie odpowiedzi egzystencjalnych, potrafi sie ostac i zachowac spokoj duszy. :)

Odkąd pamiętam szukałem czegoś co określasz jako absolutne spełnienie. Wychowałem się w Chrześcijańskiej rodzinie, ale od wczesnych lat młodości bardzo pociągał mnie Buddyzm. Potem wsiąknąłem w absurdy New Age, przeszedłem drogę twardego ateisty i w pewnym momencie przekroczyłem jakby masę krytyczną. Nabrałem dystansu do różnych koncepcji. Po przeczytaniu morza książek i różnych praktykach duchowych od medytacji chrześcijańskiej, przez Buddyzm i New Age-owe nonsensy :) zacząłem akceptować zarówno ograniczenia rozumu jak i wiary. Życie, w którym człowiek koncentruje się wyłącznie na bieżących celach i sprawach męczy duszę (jakkolwiek ją rozumiemy).

“Osobiscie uwazam, ze intelekt nie jest w stanie ujac istoty Boga zywego, gdyz tego sie nie okresla, a przezywa. Tak wiec jest to juz kompetencja przezyc mistycznych.”
Ale co jeżeli intelekt się buntuje np przed koncepcją miłosiernego Boga skazującego na wieczne piekło.
Oczywiście można się upierać, że to jednak wiara ma rację a intelekt jest niedoskonały. Ale jednak jest to zaprzeczenie, które u mnie spychane przez wiele lat w końcu wybuchło.
W sumie pierwsze pytanie które należy zadać, to problem boskiej wszechmocy. Bo dla mnie pierwszy i podstawowy problem to wolna wola. Jeżeli Bóg nas takim stworzył rzeczywiście to zaprzeczył swojej wszechmocy (stworzył kamień którego nie może podnieść). To rzeczywiście może być przyczyną naszych problemów. W pewien sposób nastąpiła sytuacja patowa. Teraz nikt nie może powiedzieć o sobie że jest wszechmocny. Ja w sumie widzę świat jako efekt właśnie takiego pata. Stąd też cały dualizm. Czego się nie dotkniemy to podchodzimy pod właśnie taką ścianę bez wyjścia. Każdy jest uwarunkowany. Nawet Bóg, bo jest teraz Bogiem tylko wtedy jeżeli wszyscy tego chcą. Zawsze ktoś może powiedzieć: “Słuchaj jaki tam z Ciebie Bóg WSZECHMOGĄCY skoro nie potrafiłeś zmienić zdania X.”

Witam, Mimo usilnych starań nie udało mi się dostrzec miłości na naszej kochanej planecie. Może po prostu trzeba się bardziej starać albo więcej czerpać z drobiazgów?? Może mamy za duże oczekiwania??

Pozdrawiam

Witaj Sophia na moim blogu
Tak… faktycznie, chyba czerpanie z drobiazgów to jedyna droga w tym naszym Wszechświecie. Pozostaje udać się do krainy Buddy Amitaby, o ile ta w ogóle istnieje. Tam ponoć wszystko wygląda znacznie lepiej :)
Pozdrawki :)

Witaj Marku,
być może cały problem z istotą Boga Żywego z naszego punktu widzenia polega na tym, że próbujemy go ująć w ramy. Do tych ram zaliczam zarówno intelekt jak i wiarę. Myślę, że ani jedno, ani drugie w tej materii nie prowadzi nas do sensownych odpowiedzi.

Jacenty, dla mnie wiara i intelekt są dualnością. Jak wszystko. W ekstremalnych warunkach mogę wierzyć w swój intelekt (muszę w to wierzyć, jeżeli chce się nim posługiwać) lub wiedzieć, że wierzę. Jak każdy aspekt naszej rzeczywistości nie chce się on zamknąć.
Możemy oczywiście unikać zajmowania się w ogóle Bogiem, ale jednak trudno nie zajmować się problemem zła. A te dwie rzeczy znowu są powiązane.

Marku
Myślę, że pewien problem z zajmowaniem się Bogiem w naszej kulturze bierze się stąd, że zdominowana została ona przez teologię chrześcijańską. Mnie osobiście najbliższe jest podejście agnostyczne – nie twierdzę, że Boga nie ma, ani że jest. Uważam, że przede wszystkim powinniśmy włączyć do rozważań o Bogu, to co zyskaliśmy dzięki nauce i podejściu krytycznemu. Czyhają na nas dwie pułapki. Z jednej strony skrajny redukcjonizm, z drugiej wybujała metafizyka.
Jeśli chodzi o kwestię dualności to myślę, że z kolei język, którym posługuje się Buddyzm wnosi sporo zamieszania. Czy tak zwane niedualne doświadczenie pozwala nam spocząć w czystej świadomości? Pozwala nam z pewnością przeżywać pewien stan świadomości, związany z określonym procesem neurologicznym. Nie mówię, że można zredukować umysł do mózgu. Nie sposób jednak nie brać pod uwagę procesów mózgowych rozważając zagadnienia umysłu. Gdy rodził się Buddyzm, ludzkość nie miała pojęcia o neurologii. Obserwacja procesów świadomości zaowocowała wyjaśnieniami, które były możliwe do skonstruowania na tamtym poziomie rozwoju wiedzy. Myślę, że warto korzystać z tego co odkryli Wielcy Praktykujący, niemniej jednak nie powinniśmy przywiązywać się do języka, którego używali do wyjaśnień zaobserwowanych fenomenów świadomości. Potrzeba dalszych badań a nie pozostawania na wyjaśnieniach, które mielimy w kółko od kilku tysięcy lat :)

W podejściu naukowym też widać luki. Nie chodzi o to, że coś tam jeszcze nie zostało wyjaśnione. Chodzi o to, że cała fizyka opisuje śmierć. My rodzimy się kosztem umierania naszej gwiazdy. Tak jest ze wszystkim. Cała fizyka mówi nam, że strzałka czasu idzie od porządku do bałaganu. Ale skąd się wziął początkowy porządek tego nie umie powiedzieć. W zasadzie mówi, że porządku być nie mogło bo był nieprawdopodobny.
Co do dualizmu to może lepszym określeniem jest paradoks. Rzeczywistość jest wg mnie paradoksem. Nie ma sposobu, żeby w myśleniu uciec od paradoksu. Paradoksu nie widać dopóki badamy jakiś wycinek. Jeżeli chcemy zbadać całość nieubłaganie wyskakuje jakiś paradoks. Zreszta nawet logika opiera się na paradoksie. Czemu ? Bo skąd wiadomo, ze logika jest prawdziwa ? Można to udowodnić albo przy pomocy logiki albo przyjąć na wiarę. Obie metody są przez logikę uważane za błąd logiczny :) .

Faktycznie, paradoks to w tym kontekście chyba najlepsze określenie. Myślę, że musimy chyba zaakceptować sytuację, że nie ma możliwości pełnego poznania natury rzeczywistości. Podstawowe ograniczenie wbudowane jest w nas samych, to nasza organiczna konstrukcja. Doświadczamy, poznajemy i tworzymy koncepcje w sposób, na który pozwala nam nasza konstrukcja jako żyjących istot. Nie obserwujemy świata, ale doświadczamy pewnej wizji rzeczywistości, której interpretacja zachodzi w naszym układzie nerwowym. Poruszamy się w związku z tym w pewnym tunelu rzeczywistości. Nauka mimo swej niekompletności pozwala jednak badać pewne aspekty tego tunelu. Być może nasza rzeczywistość to jakiś element znacznie większej całości. Być może dotykamy innych obszarów, innych tuneli rzeczywistości w doświadczeniu mistycznym, duchowym. Przyjmując taką hipotezę natykamy się jednak na pewien problem. Myśląc o doświadczeniu duchowym instynktownie trzymamy się tradycyjnych, metafizycznych wyjaśnień jego natury. Wyjaśnienia religijne posiadają coś co określam jako charakterystykę obiektową. Mamy tu do czynienia z trzymaniem się wyobrażeń o rzeczywistości jako rządzonej pewnymi prawami, które są stałe, niezmienne. Warto chyba spojrzeć na rzeczywistość z perspektywy procesu. Zająć się badaniem procesów, które nie muszą zostać sztucznie ograniczone poprzez wyobrażenia o metafizycznie ujętych stałych prawach.

Też mi się tak zdaje że musimy chyba zaakceptować sytuację, że nie ma możliwości pełnego poznania natury rzeczywistości. New Age w tym nam nie pomoże a zresztą czy warto poznawać wszystko do końca. Czy nie jest lepiej mieć odrobinę chaosu nieuporządkowanego aby później mieć możliwość rozmieniania wszystkiego na drobne i zastanowienia się nad problemem i samym sobą :-) co zrobimy gdy to wszystko zrozumiemy. Będzie nam lepiej czy gorzej bo już będziemy wiedzieć. Tylko czy na pewno nasza pojemność mózgowa poradzi sobie z możliwością zrozumienia.

Mirosławie
zrozumienie wszystkiego chyba nam nie grozi :) W końcu jesteśmy tylko ludźmi. No chyba, że co niektórzy guru – mniemają, że poznali PRAWDĘ ;) i straszą tą tak zwaną PRAWDĄ obolałych od poszukiwań poszukujących.

Że się tak wtrącę nieładnie do dyskusji, bo lenistwo przeważyło nade mną i skutek jest taki, iż nie przeczytałam komentarzy większości tu… Ale notkę, owszem. Miłość Wszechświata powiadasz? Sama nazwa brzmi trochę… Śmiesznie. Jak na razie człowiek nie wychylił nosa poza Ziemię, a niektórzy mają problem z tym nawet odnosząc to do swego własnego mieszkania. No, ale podobno wg miłości Bożej dostajesz to, co… No właśnie, chrześcijanie nie mówią, że to, co chcesz, tylko to, na co zasługujesz. Może ludziom wydaje się, że to ostatnie stwierdzenie jest mało wygodne i trzeba trochę nad nim pracować, dlatego przenoszą się pod myśli filozoficzne New Age. A z drugiej strony mam wrażenie, że większość pragnie miłości, której niestety nie dostaje, bo ta jakimś dziwnym trafem ucieka, gdzie pieprz rośnie.

Ale tu u Ciebie gwarno;)) Przydałaby się kraina szczęścia, miłości, do której chociaż na chwilę można by było wpaść i zasilić akumulatory;)))

a może nie potrafimy znaleźć tejże miłości, bo jesteśmy bombardowani informacjami, które mrożą krew w żyłach. A to jakieś zabójstwa, szachrajstwa, a to jedni na drugich psy wieszają. I tak w kółko.
Kto wie, może jakby się człowiek dobrze rozejrzał, to znalazłby jakieś iskierki krążące całkiem blisko, na wyciągnięcie ręki…

Aleandra
no właśnie, Chrześcijanie mówią, że dostajesz to na co zasługujesz. Kto jednak mierzy owe zasługi? Zdaniem Chrześcijan ten okrutny Bóg, którego czyny opisuje Biblia. Być może to jeden z powodów, które sprawiają, że cywilizacja z tak obecnym w niej Bogiem bardziej od miłości nas oddala niż do niej przybliżać?

Sophia
pozostaje chyba w tej materii pogadać z Buddą Amitabą. Wedle podań jego kraina obfituje w te cudowne właściwości. Tylko czy ona rzeczywiście istnieje? ;)

Renee
kiedyś żartowałem sobie, że jak dzień mija wyjątkowo spokojnie to rozgłośnie radiowe i stacje telewizyjne muszą znaleźć coś choćby po części mrożącego krew w żyłach. Możemy wówczas usłyszeć np. o pijanym 60-latku, który jadąc na rowerze wpadł w płot sąsiada i wyłamał w nim deskę :) Media karmią nas makabreską i faktycznie chyba bardzo dużo racji jest w tym co napisałaś.

Panie Jacku czy możemy się umówić w ten sposób, że jak znajdzie pan już takiego [guru] to proszę dać mi znać, bo miałbym do niego parę pytań. Media karmią nas papką, błotkiem rozmaitości a gdzie się podział mój ukochany „Kabarecik leci” i prześmieszny pan Kobuszewski lub cytat „czy mam grać” Co do chrześcijan to tak sobie myślę że zasługi są mierzone miarką wpływów jakie są przeliczane na dowolną walutę i nic więcej. Tyle w tym wszystkim jest miłości, posługi i dobroci, co szczerości polityka.

Mirosławie
to raczej można uznać za skrajnie mało prawdopodobne z tej prostej przyczyny, że stronię od wszelkich guru i po prostu ich nie szukam. Od wielu ludzi można mądrych rzeczy się nauczyć, ale mój dominujący tunel rzeczywistości zdecydowanie lubuje się w naszym zachodnim indywidualizmie :) Wszelcy guru muszą się zatem obejść bez mojego udziału w ich nauczaniu :)
Pozdrawki :)

To świetnie, że jest pan ponad to wszystko. Szkoda jednak, że nie poznam żadnego guru, bo wówczas być może otrzymałabym odpowiedź, po co mi oświecanie, gdy żyję w materialnym świecie. Czy medytację pozwalają kształtować ten fizyczny świat i takie tam. Powracając jednak do samego guru to przeglądając artykuły na temat NLP to zauważyłem, że chyba jednak są po takich kursach, ponieważ poprzez techniki perswazji potrafią nie jednemu adeptowi namieszać w głowach. Ma pan również rację że tamte techniki ezoteryczne nijak nie mają nic wspólnego z obecnym życiem materialnym ludzi żyjących w środkowej europie zwanej teraz Unią Europejską.

Mirosławie
czy coś takiego jak oświecenie w ogóle istnieje? ;) Myślę, że znowu dochodzimy do punktu, w którym trzeba zmierzyć się ze sferą semantyczno-mentalną. Na temat, czym jest oświecenie, powstało tyle wyjaśnień, że zamiast oświecać powodują raczej gmatwaninę w pokręconych tunelach rzeczywistości każdego z nas.
Pozdrawki :)

Kiedy pojawią się nowe posty??

Witaj
mam straszne urwanie głowy. Robię aktualnie dwa duże projekty, praktycznie mało co śpię. Mam pomysły na nowe posty i tylko jak robota poluzuje to je napiszę i wrócę do komentowania zaprzyjaźnionych blogów. Myślę, że jak wszystko dobrze pójdzie to powinno zelżeć koło połowy lutego.
Pozdrawki i dzięki za pamięć :)

Witaj- ponowne wejście na Twoj blog skłania mnie , by zabrać głos. Wszyscy mają rację,ale ja dziś biorę pod uwagę średnią.Dlaczego,bo przez około 30lat byłam katoliczką( byłam w klasztorze 2lata), byłam buddystką(której nie chcą pozwolić odejść),w tym ezoteryczką, poznałam teoretycznie inne religie i filozofie.Co mi to dało? Wiele bólu fizycznego i psychicznego, ale przede wszystkim tolerancję wobec ludzi, którzy się pienią walcząc o dobre imię swojej religii. Szkoda czasu i sił witalnych. Chcę jeszcze tylko dodać, że najważniejszą jest wiara w siebie,bo kto jak nie my sami podniesiemy siemy siebie na duchu.Szukasz mołości w kosmosie, w religii? Po co? Pochyl się nad dzieckiem,głodnym psem lub smutnym człowiekiem ,a poczujesz gdzie ona jest i co ci daje.
Dzieki za ten blog. Chciałabym zabrać kiedyś głos w sprawie religii wschodu i jej manipulacjom, pozdrawiam.

Witaj Ewo na moim blogu
Dzięki za komentarz. Z tego co piszesz domyślam się, że bardzo mocno angażowałaś się w różnorodne praktyki duchowe. Ja też w swoim życiu praktykowałem w kilku tradycjach. Wyrosłem w katolickim środowisku, potem był Buddyzm, potem New Age, potem znowu Buddyzm, w między czasie ateizm, sufizm, kabała. Pewnego dnia kulminacji dobiegł proces, którego efektem stało się zrozumienie, że to wszystko wygląda na wielkie duchowe przedszkole, o którym zresztą na tym blogu napisałem. Tak… faktycznie szkoda czasu i sił witalnych na usiłowanie odnalezienia w religii jakiegokolwiek sensu. Ja odnalazłem tam tylko WIELKĄ PIASKOWNICĘ z kilkoma przestarzałymi zabawkami. Pięknie napisałaś o miłości. Aby jej doświadczyć i ja dawać nie potrzebna jest na szczęście żadna religia :)

fajne

Ty mówisz PIASKOWNICA, a ja stałam się ptakiem w ENERGETYCZNEJ klatce ( jeśli wiesz o czym mówię).Dziś dopiero znalazłam ratunek.Powiem ostro wschód przyszedł sobie podjeść.A nasze szukające młode i stare duszyczki myślą , że coś dostaną.Wołam – UCIEKAJCIE!!! Mistrzem jest każdy z nas, tylko cierpliwości.

Miałem kiedyś bardzo dziwaczne doświadczenia związane z tzw. duchowymi praktykami. Jedna z hipotez mówi, że to ataki bytów astralnych. Być może jednak to wyłącznie pewne dziwadła naszego układu nerwowego. W każdym razie dało mi to sporo do myślenia. Należę jednak do zwolenników eksperymentowania w tych sferach. Trzymam się jednak po pewnym doświadczeniu z dala od modłów, inwokacji i ewokacji. Obserwacja fenomenów umysłu to jednak bardzo interesujące doświadczenie, bez względu na to, czy wierzymy w jakieś astralne byty, czy też w to, że umysł to wyłącznie proces mózgowy. Pisałem o tym w notce, do której mam największy sentyment, którą zamieściłem na tym blogu pod tytułem – “Uchwycić świadomość”.

poczytaj http://www.magia życia co mogą madzy , jogini i inni.To nie halucynacje, ale manipulacje.

Niektórzy jednak mają dystans do samych siebie, jak don Juan Matus, którego nauki uwielbiam :) Książki Carlosa Castanedy stanowiły dla mnie swego rodzaju ziarno wyzwolenia, cudowny ferment, który niczym puszka pandory odkrywał przede mną głębsze zrozumienie natury matrixu, w którym żyjemy ;)

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)