Opuszczając getto wiary
Mówiąc o rozwoju duchowym większość ludzi zdaje się przywoływać pojęcie wiary. Przekonanie, że trzeba w coś wierzyć, wydaje się tak powszechne jak zamiłowanie do pisania sms-ów przez dorastającą młodzież. Większość moich znajomych przyzwyczaiła się już do owej strasznej odpowiedzi, której zazwyczaj udzielam, gdy ktoś pyta mnie w co wierzę. Z reguły mówię wtedy: “nie wierzę w nic”. Nie oznacza to bynajmniej, że popadłem w stan beznadziejnej depresji. Po prostu w pewnym momencie swojego życia zrozumiałem, że wiara nie jest do niczego potrzebna a nawet więcej, że wiara zdaje się być pewną oszukańczą sztuczką umysłu, która bardziej przeszkadza niż pomaga.
W tym miejscu chciałbym oddzielić od siebie dwa pojęcia – tj. “wiarę”, oraz “hipotezę”. Wiara zazwyczaj przejawia się jako przyjęcie bez jakichkolwiek dowodów, określonych poglądów i traktowanie ich w kategoriach prawdy absolutnej. Postawę taką określa się czasem mianem dogmatyzmu. Na hipotezę z kolei możemy spojrzeć jak na pewną przestrzeń, którą rezerwujemy w naszym umyśle na to, co nieznane, niepojęte. Mając do czynienia ze zjawiskami, których nie potrafimy wyjaśnić, możemy przyjąć przynajmniej dwie postawy. Jako wierzący będziemy starali się bronić określonych dogmatów. Jako ludzie, którzy wolą tunel rzeczywistości pod nazwą “hipoteza” nasze postępowanie w takiej sytuacji będzie z reguły bardziej złożone. Przyjrzymy się owym zjawiskom a następnie założymy, że być może da się je wyjaśnić w ten, lub inny sposób. Starając się je zrozumieć, rozpoczniemy podróż badawczą.
Przez wiele lat moje duchowe poszukiwania oscylowały wokół takiej, lub innej wiary. Jako dziecko wierzyłem w “prawdy” Chrześcijaństwa, jako dorastający młodzieniec w “prawdy” Buddyzmu a następnie w wiele “prawd” New Age. Kolejne poszukiwania zaowocowały wiarą w “prawdy” ateizmu i materializmu. Zdarzało mi się zataczać koła i jak alpinista robiący wahadło, oscylowałem pomiędzy różnymi “prawdami” raz zbliżając się do jednej, innym razem do drugiej.
Kilka lat temu, pewna moja znajoma wspomniała podczas rozmowy nazwisko nijakiego Alistera Crowleya. Podsumowała tę postać bardzo krótko i zwięźle: “stary zgred, który wymyślał te wszystkie brednie, aby bzykać młode laski”. Moja ówczesna świadomość od razu włączyła czerwoną lampkę. Owa znajoma, podobnie zresztą jak ja, miała do czynienia z wieloma systemami tak zwanego duchowego rozwoju, toteż potraktowałem jej słowa jako ostrzegającą prawdę i temat na pewien czas zniknął. Dziadek Alister, jak na przebiegłego starego zgreda przystało, wykorzystał moje umiłowanie ciekawości i po pewnym czasie zacząłem trafiać na różne informacje na jego temat a także na działalność pisarską, którą uskuteczniał za życia. W efekcie tych intrygujących zbiegów okoliczności zacząłem stopniowo poznawać system magii Crowleya. Opisywane przez niego rytuały jawiły mi się jako osobliwości starzejącego się dziwaka. Dociekliwość powiodła mnie jednak przez meandry anty i pro Crowleyowskiej propagandy. Przemierzałem niczym szpieg z krainy deszczowców teksty, notki i plotki a Tarot stworzony przez Crowleya coraz bardziej mnie intrygował. Z całego tego informacyjnego chaosu, pełnego głosów uwielbienia i potępienia wyłonił się dość specyficzny obraz tej postaci. Uznałem Alistera Crowleya za nieco szalonego człowieka o bardzo bystrym umyśle. Nijak nie dostrzegłem w nim jednak diabelskiej bestii. Oskarżany o satanizm Crowley, znany z sarkazmu i przekory sam siebie zwykł nazywać Bestią.
Przeglądając pisma Crowleya zwróciłem uwagę na pewien aspekt, który zdawał się być nadrzędny wobec całej magicznej paplaniny. Crowley prowadził dziennik, w którym notował wyniki swoich magicznych eksperymentów. Uważał, że należy poddać je krytycznej analizie i w żadnej mierze nie traktować ich ze śmiertelną powagą. Wizje, których doświadczał pod wpływem praktyk magiczno – mistycznych, stanowiły dla niego swoisty materiał badawczy. Był skłonny przyjąć hipotezę zarówno o ich zewnętrznym pochodzeniu, jak i tą mówiącą, że zasadniczo fenomeny takie należy traktować raczej w kategoriach neurochemicznych. Eksperymentował, ale nie tworzył dogmatycznych wyjaśnień.
Mimo, iż pozostaję z dala od praktyk Crowleyowskiej magii, jego podejście do eksploracji tego co zwykle określamy jako duchowy wymiar życia, stanowi kontekst, w którym bardzo dobrze się czuję. Nie trzeba wierzyć w istnienie wewnętrznego wymiaru, żeby go doświadczać. Zdaje się on istnieć bez względu na naszą wiarę, lub zwątpienie.
Znajomi czasem dziwią się, że mając taki stosunek do zagadnienia wiary wróżę z kart. Jak możesz wróżyć, pytają, skoro w to nie wierzysz? Otóż mogę, gdyż wiara nic nie wnosi do procesu dywinacji i wydaje się absolutnie zbędna. Zauważyłem, że karty w wielu sytuacjach pomagają mi pełniej zrozumieć wiele problemów. Być może związane jest to z tym, że tarotowe obrazki w specyficzny sposób pobudzają moją wyobraźnię? Być może w trakcie procesu wróżenia ujawniają się synchroniczności, które karty pomagają mi dostrzec? Być może to mój anioł stróż znalazł sposób komunikowania się z moją świadomością? Wszystkie te potencjalne odpowiedzi traktuję jako metafizyczny stek nonsensów, co nie przeszkadza mi używać kart w celach wróżebnych, jak również medytacyjnych i eksperymentować z własnym umysłem.
Komentarze
Witaj Suljanie
dzięki za komentarz, nie wiem czemu ten durny wordpress go nie wyświetlił. Nie mam ustawionego sprawdzania i powinno się od razu wyświetlić, jednak ten soft miewa jakieś chimery i zdarza mu się czasem robić psikusy. Z Crowleyem najśmieszniejsze jest to, że lata całe obawiałem się go jak diabła wcielonego a jak poznałem co nieco jego dziwactwa i stosunek do tych wszystkich magicznych pierdołów to po prostu poczułem do niego sympatię.
Pozdrawki
Acha… Rozumiem… Crowley-buntownik. Cóż, w pewnym sesnie nim był. Ale po owocach sie poznaje. Pozdrawki
Nie wiem czy Alister był mistrzem magii i prorokiem bogini Nuit, ale z pewnością był miłośnikiem kobiecych wdzięków
Nasz sztandar musi ściągać egregory jak lemoniada pszczoły
a potem… zatopimy astrale w odmętach słodkiej energii
ktoś, chyba Jung, ale pewna nie jestem powiedział coś w rodzaju „ja nie muszę wierzyć, ja wiem”. jakoś mi to tutaj pasuje. zresztą stary dobry Budda mówił,żeby eksperymentować i doświadczać, a nie ślepo wierzyć w jego własne nauki. Ale jak tu ludziom wyjaśnić, że duchowość wcale nie musi iść w parze ze ślepą wiarą…
No właśnie, co ciekawe Budda wyraźnie wskazywał na wagę doświadczenia. Wskazywał (przynajmniej tak wynika z przekazów, które posiadamy), że twory umysłu należy traktować z dystansem i sceptycyzmem (używając współczesnego języka). Po śmierci Buddy jego nauki obrosły w mitologię i powstał Buddyzm jako religia. I tu koncepcje psychologii ewolucyjnej
zdają się być inspirujące. Mam na myśli hipotezy, mówiące o tym, że zachowania religijne być może stanowią jakiś istotny element w rozwoju naszego gatunku.
Osobiście uważam, że złudzenie, iż koniecznie trzeba w coś wierzyć zawdzięczamy kulturze monoteizmu (Wielkich Religii Monoteistycznych). Te tradycje jak ognia boją się wszelkiego transpersonalnego doświadczenia, nad którym nie ma kontroli aparatu kapłańskiego. Szykuję o tym post
O, to ciekawa jestem co napiszesz. Jestem ostatnio po sporej dawce informacyjnej na temat tego komu zależy na tym, by religia i nauka wzmacniały nasze poczucie oddzielenia od całości. Miesza to w głowie, ale koniec końców wszystko zależy o nas, więc trzeba robić swoje ![]()
p.s.weź zainstaluj wtyczkę do powiadomień o nowych komentarzach, bo ja ciągle zapominam zaglądać w poszukiwaniu odpowiedzi…
O… ciekawy jestem na jakie informacje w tym zakresie natrafiłaś Asiu. Mój post dotykający tego zagadnienia pojawi się pewnie w przyszłym tygodniu. Można na to spojrzeć np. z perspektywy społeczno – politycznej i nieco w tym kierunku pewnie podryfuję
Ale… można też popuścić nieco wodze fantazji i oddalając się od tego co uznane za racjonalne nawiązać do tzw. bytów astralnych i ich działalności. Nie wiem, czy takowe byty w ogóle istnieją, ale wydaje mi się, że coś w tym może jednak być… kto wie
mocno poza „racjonalnie”
poprzez wszystkie szczebelki ziemskie aż do pewnych istot, generalnie Icke i spółka. i wiesz, gdy odrzucić ocenę czy coś jest racjonalne, czy nie, zaczynają te teorie mieć sens. a i tak wszystko sprowadza się do tego, byśmy poszerzali swoją świadomość…
Mnie osobiście najbardziej z tych tak zwanych „nieracjonalnych” pociąga Kabalistyczne Drzewo Życia jako mapa, która ukazuje strukturę „głębokiej rzeczywistości”. Nie wiem, czy to wymysły neuronów
Izaaka Lurii, czy faktyczne światy, ale lubię się do tej mapy odwoływać np. kontemplując jej powiązania z Tarotem. Racjonaliści mogą sobie wierzyć, że to strata czasu, dla mnie to jednak bardzo kreatywne zajęcie
naiwnoscia jest sadzic, ze mozna wznies swoje przekonania ponad wiare. Przypomina to tę samą karykature metafizyczną jaka zrodzila sie w pozytywizmie i neopozytywzmie w otoczce tak zwanego „swiatopogladu naukowego”. Mial to byc system – poprzez swoj niezwykly redukcjonizm – pozbawiony wszelkich zalozen metafizycznych. Dzisiaj gdy poczytujemy Carnapa, Quine’a etc. – przyprawia nas o mdlosci ta szalencza wizja maksymalnie zobiektywizowanej rzeczywistosci.
Moim zdaniem ludzie mają silny lek przed niepewnoscią swej drogi, ktora jest formą nadziei w prawdziwosc wlasnych przekonan, stad tez generują zludne hasla wyzwolenia z wszelkiej wiary. No bo jakze to pejoratywnie nacechowane slowo przecie….
No coz, najwiekszym i chyba najbardziej ironicznym dogmatem jest wierzyc, ze jest sie ponad dogmatami.
Witaj Gregorio,
redukcjonistyczna nauka staje się swego rodzaju religią. Piszę o tym w innym poście na tym blogu, dotyczącym psychologii ewolucyjnej. Nie wsadzałbym jednak do jednego worka metod, którymi posługuje się nauka oraz metafizycznej teologii, to dwa różne podejścia. Obiektywne poznanie o jakim marzyli pozytywiści uważam za taką samą naiwność jak tzw. „prawdy religijne”. Wyzwolenie od wiary a mówiąc bardziej precyzyjnie od naiwnej wiary nie polega na przyjęciu redukcjonistycznego światopoglądu reprezentowanego przez obsesyjny materializm. Nie chodzi o to, aby wierzyć w możliwość „obiektywnego poznania” i uczynić z tego kolejną religię, ale aby nauczyć się poruszać w przestrzeni niepewności, bez kurczowego trzymania się mentalnych wytworów umysłu.


Byłem i poczytałem
Najciekawsze jest to, ze ja również, kladąc karty tarota, jestem… pozbawiony wiary w tarota. Po prostu – g…. mnie on obchodzi, podobnie jak źrodło informacji tego, co czytajac go opowiadam
Tak naprawdę NIE WIEM czym ono jest, podobnie zreszta jak nie wiem, czym jest moj umysł, czym jest dusza ( jesli jest ), ze o Bogu nie wspomnę.
Podoba mi sie Twoj stosunek do Crowleya. Dodaj jeszcze, ze był Artystą. To wiele tłumaczy, niczego nie tłumacząc, hi hi hi
Pozdrawki…